niedziela, 17 marca 2013

Autor: Kraina Czytania


Philippa Gregory, Czerwona królowa

Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2011
Tytuł oryginału: The Red Queen
Przekład: Urszula Gardner

Kim tak naprawdę była Małgorzata Beaufort uznawana powszechnie za założycielkę dynastii Tudorów? Kim była kobieta, o której historia jak gdyby nieco zapomniała, choć to właśnie od niej wszystko się zaczęło? Czy była pobożną matroną posiadającą dar obcowania z Bogiem, czy może religijną fanatyczką żyjącą urojeniami i tarzającą się w swojej nienawiści i chęci triumfu za wszelką cenę?

Małgorzata Beaufort wywodziła się z rodu Lancasterów, więc nie dziwi fakt, że w spiskowanie przeciwko Yorkom wkładała wszystkie swoje siły. Do krwi zdzierała kolana, modląc się o zrzucenie z tronu Ryszarda III, który był najmłodszym bratem Edwarda IV Yorka.* Po śmierci brata na skutek intryg i knowań Ryszard III objął tron angielski i wówczas wydawać by się mogło, że „Wojna Dwóch Róż” dobiegła końca, a w Anglii wreszcie zapanował pokój. Niestety tak się nie stało, ponieważ Lancasterowie tak łatwo się nie poddali, będąc święcie przekonani, że to właśnie im należy się tron i królewskie berło.

Małgorzata Beaufort od najmłodszych lat wykazywała nieprzeciętne skłonności religijne. Utożsamiała się z Joanną d’Arc i tak jak waleczna Dziewica Orleańska pragnęła zwycięstwa. Małgorzata była przekonana, że jej wola jest tożsama z wolą Najwyższego, a Najświętsza Panienka jest na jej usługach i zniszczy każdego, kogo ona jej wskaże. Uważała, że jest wybrana przez Boga do wielkich celów. Choć miała trzech prawowitych mężów, to jednak zwykłe ludzkie pożądanie było jej obce albo tak dobrze nad nim panowała, że nie pozwalała sobie choćby na najmniejszą słabość. Syna urodziła z obowiązku lub inaczej – z powodu przeznaczenia, będąc w wieku trzynastu lat. Od samego początku traktowała chłopca jak narzędzie, dzięki któremu w przyszłości będzie mogła zaspokoić swoje ambicje. Ponieważ w czasach jej współczesnych z dziewczynkami praktycznie nikt się nie liczył i musiały robić to, czego oczekiwali od nich męscy opiekunowie, Małgorzata swój triumf pragnęła święcić za plecami swojego syna.

Pierwszym pracowitym mężem Małgorzaty, wybranym przez rodzinę, był Edmund Tudor 1. hrabia Richmond. To właśnie z tego związku na świat przyszedł Henryk VII. Tudor nigdy nie zobaczył syna, ponieważ poległ w bitwie. Kiedy Małgorzata owdowiała rodzina postanowiła wydać ją za mąż za Henryka Stafforda, którego uważała za tchórza, gdyż stronił od bitew jak tylko mógł, biorąc w nich udział jedynie wtedy, gdy nie miał już większego wyboru. Jej ostatnim mężem był Tomasz Stanley 2. baron Stanley, z którym najprawdopodobniej w ogóle nie dzieliła łoża. Było to małżeństwo „dla interesu”, jak większość w tamtych czasach.

Wielkim pragnieniem Małgorzaty Beaufort było wstąpienie do klasztoru, jednak nie mogła tego zrobić dopóki decydowali za nią inni i dopóki nie osiągnęła zamierzonego celu, czyli nie posadziła na tronie swojego jedynaka. Sam Henryk VII był z nią bardzo mocno związany, czyli powiedzielibyśmy o nim, że był zwykłym „maminsynkiem”, ale też chyba nie miał innego wyboru, mając tak despotyczną matkę. Był też pod ogromnym wpływem swojego stryja, Jaspera Tudora, który praktycznie go wychował. Historia pokazuje, że Henryk VII poza tą jedną bitwą pod Bosworth, gdzie udało mu się pokonać Ryszarda III, nie mógł pochwalić się innymi zbrojnymi osiągnięciami.

               Małgorzata Beaufort                              Henryk VII

Z kolei sen z powiek spędzała Małgorzacie Elżbieta Woodville. Jej nienawiść do żony Edwarda IV była ogromna. Oczywiście starała się ją ukrywać, grając oddaną damę dworu i przyjaciółkę, lecz w duszy życzyła jej jak najgorzej. Nazywała ją ladacznicą i czarownicą, a na każde, choćby najmniejsze powodzenie królowej, reagowała wściekłością. Jednak pomimo tak skrajnie negatywnych uczuć wobec królowej wdowy, Małgorzata w sposób znaczący przyczyniła się do zawarcia małżeństwa pomiędzy Henrykiem VII a najstarszą córką Elżbiety Woodville, która odziedziczyła imię po swojej matce.

Tak mniej więcej Philippa Gregory przedstawia Małgorzatę Beaufort w powieści Czerwona królowa. Tytuł książki ma oczywiście związek z herbem Lancasterów, którzy mieli w nim czerwoną różę. Niniejsza powieść jest drugą częścią trylogii traktującej o „Wojnie Dwóch Róż” lub „Wojnie Kuzynów”, jak niektórzy zwykli nazywać ten konflikt. Nie wiem jaka jest część trzecia, ale już dziś mogę stwierdzić, że Czerwona królowa to najbardziej emocjonująca powieść Philippy Gregory jaką do tej pory czytałam. Były takie momenty, że w trakcie lektury miałam ochotę wyrzucić książkę, na przykład, przez okno, co oznacza, że te emocje naprawdę sięgają zenitu. Niestety niemożliwe jest, aby przemówić chorej i fanatycznej kobiecie do rozsądku, więc trzeba czytać dalej, a uwierzcie mi, że nie jest to łatwe.

Herb Tudorów

Mnie Małgorzata Beaufort jawi się przede wszystkim jako kobieta niezrównoważona pod względem emocjonalnym. Chęć sięgnięcia po władzę była u niej tak wielka, że w końcu przestała się kontrolować i po trupach szła do celu. Moim zdaniem była w głównej mierze religijną fanatyczką, która wiarę w Boga i samego Najwyższego utożsamiała z tym, co złe. Jej modlitwy przepełnione były nienawiścią i nasycone wielką pychą. Małgorzata Beaufort uważała siebie za lepszą od innych, a fakt, że jest osobą wierzącą, modlącą się i poszczącą sprawiał, że stawiała siebie ponad każdym, kto stanął jej na drodze. Czuła się wybrana przez Boga. Wmawiała wszystkim, że ma wizje, a Bóg z nią rozmawia i kieruje jej poczynaniami. Jej pobożność była fałszywa i na pokaz. Nie troszczyła się o nikogo poza sobą. Chciała być świętą za życia i taką się czuła. Pogardzała kobietami, które los obdarzył licznym potomstwem, nazywając je nierządnicami, bez względu na to czy ich dzieci pochodziły z prawego, czy nieprawego łoża.

Tak więc Małgorzata Beaufort wykreowana piórem Philippy Gregory to kobieta zła i zepsuta do szpiku kości. Jej niegodziwego postępowania nic nie tłumaczy. Jak pokazuje historia na tej pazerności i wszelkiej maści intrygach daleko nie zaszła, ponieważ dynastię, którą założyła stała się najbardziej znienawidzoną w dziejach Anglii. Nie była to też dynastia długo panująca. Pamiętajmy, że ze spłodzeniem męskich potomków były tam poważne problemy, a jeśli już się to udało, to następca tronu umierał jeszcze zanim osiągnął wiek, który kwalifikował go do objęcia władzy. Jedynie wnuk Małgorzaty, Henryk VIII dostąpił tego zaszczytu, jako męski potomek rodu. Gdyby to jednak Ryszard III zwyciężył w bitwie pod Bosworth, wówczas najprawdopodobniej Małgorzata Beaufort dałaby głowę na szafocie. Tuż przed ową historyczną bitwą grunt pod nogami wyraźnie zaczął jej się osuwać.

Moim zdaniem postać Małgorzaty Beaufort jest jedną z tych, których nie sposób polubić, bez względu na to czy patrzymy na nią tylko jako na bohaterkę powieści czy postrzegamy ją jako rzeczywistą postać historyczną. To wszystko sprawia, że Philippa Gregory jest mistrzynią w tym, co robi. Oby tak świetne powieści pisała jak najdłużej i dostarczała czytelnikom tak wielkich emocji, jakie towarzyszą podczas czytania Czerwonej królowej. 

Moja ocena: 6/6

* O Edwardzie IV i jego żonie, Elżbiecie Woodville pisałam w recenzji powieści  Biała królowa



14:31, avo_lusion
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 marca 2013

Autor: Książki Zbójeckie


O śmierci bez przesady, jak pisała Wisława Szymborska. I miała rację – przecież śmierć jest zjawiskiem całkiem naturalnym, nieuchronnym, wyzwalającym. Chociaż ludzkość tańczy z nią od zarania dziejów, wciąż jednak czuje się w jej towarzystwie nieswojo. Jakoś tak trudno ją zaakceptować, skoro tak miało się o niej wie, skoro ona wciąż pozostaje nieobliczalna i nieprzewidywalna. Z pomocą jednak spieszy średniowiecze i mistrz Polikarp, który przeprowadza wywiad. Wywiad ze śmiercią, twarzą w twarz.

Średniowiecze obrało sobie śmierć jako muzę. Obok Boga, była tą, o której chciano pisać, która nurtowała pisarzy, filozofów i duchownych, wzbudzając głównie lęk, ale i fascynację. Myśl o umieraniu, odchodzeniu do nieznanego miejsca, trapiła głowy uczonych. Głównie dlatego, że śmierć przychodziła wówczas szybko, zabierała ludzi w różnym wieku, była po prostu wszechobecna.

Trzeba było coś z tym zrobić. Zastanowić się, czy śmierć jako niebyt można w coś wcielić, czy można ją uczłowieczyć i spróbować zrozumieć. Cel był prosty: ułatwić sobie to, co tak bardzo paraliżuje strachem. Boimy się nieznanego, ale kiedy strach ma twarz, można spróbować z nim porozmawiać, można negocjować i przekonać się, czy rzeczywiście jest się bezsilnym. Oczywiście, narzędziami do zrealizowania tego planu stała się literatura i plastyka. I tak oto śmierć na dobre rozgościła się w średniowiecznej poezji, dowodząc jednego: choć mijają wieki, ludzkość nurtują wciąż te same pytania i zmartwienia.

Śmierć i cesarzowa. Rycina, ok. 1649. Źródło: marinni.livejournal.com

Rozmowa mistrza Polikarpa ze Śmiercią to przykład utworu, który stanowi bardzo udaną i ciekawą próbę przedstawienia nam śmierci oraz wyjaśnienia zagadnień z nią związanych. Jak pisze Roman Mazurkiewicz:

Dialog podejmuje zasadnicze kwestie chrześcijańskiej etyki i eschatologii: powszechności śmierci, równości wobec niej wszystkich ludzi, dobrego życia, zbawienia i kary pośmiertnej[1].

Trzeba przyznać, że tematyka jest bardzo ciężka, ale sam utwór napisano z pomysłem i fantazją, co sprawia, że nie czujemy do końca brzemienia sytuacji, jaka spotyka mistrza. Sam Polikarp to postać bardzo ciekawa: uczony, głodny wiedzy. Nie wiemy o nim zbyt wiele, a jedynie to, że był wielkim i wybornym mędrcem, który dzięki swej wiedzy i pobożności mógł dostąpić zaszczytu, jakim było zobaczenie śmierci w jej naturalnej postaci.

Zaszczyt zaszczytem, ale kiedy śmierć pojawia się przed Polikarpem, nie jest wcale widokiem przyjemnym. Jest przerażająca, wzbudza odrazę, rzuca mistrza na kolana:

Chuda, blada, żołte lice
Łszczy się jako miednica;
Upadł ci jej koniec nosa,
Z oczu płynie krwawa rosa;
Przewiązała głowę chustą

Jako samojedź krzywousta;
Nie było warg u jej gęby,
Poziewając skrżyta zęby;

(…)

Mistrz widząc obraz skarady,
Żołte oczy, żywot blady,
Groźno się tego przelęknął, 
Padł na ziemię, eże stęknął.
Gdy leżał wznak jako wiła,
Śmierć do niego przemówiła.

Śmierć wymaga pokory. Można mieć wiedzę, doświadczenie, wiele przeżyć, ale w jej obliczu każdy traci rezon i pada na ziemię, przerażony i bezbronny jako dziecko.

Czytając pierwszą wypowiedź śmierci, można się uśmiechnąć, bo jej swoboda i szczerość nie różnią się od tego, co powiedziałaby do mistrza w XXI wieku:

Wstań, mistrzu, odpowiedz, jestli umiesz!
Za po polsku nie rozumiesz?

Ponieważ mistrz po polsku jednak rozumie, podejmuje dialog i tak oto dowiadujemy się o słynnym tańcu śmierci, w którym wszyscy są równi i każdy będzie sądzony według czynów, a nie pozycji społecznej.

Biskup i rycerz. La Danse macabre, Guy Marchant, 1486, Paryż.

Choć danse macabre wydaje się być upiornym motywem, w rzeczywistości jego wymowa jest bardzo krzepiąca. W ostateczności bowiem znikną podziały, a śmierć będzie sprawiedliwa. Nie będzie można stosować sztuczek, uciekać się do nieuczciwości, wkupywać się w łaski. Śmierć przyjdzie, w odpowiednim momencie, by wyrwać z nas z tego barwnego kręgu i zabrać ze sobą. Dokąd? To kolejne pytanie…


[1] Roman Mazurkiewicz, Dialog mistrza Polikarpa ze Śmiercią, [w:] Szkolny słownik literatury staropolskiej, red. Janusz Goliński, Roman Mazurkiewicz, Piotr Wilczek, Katowice 1999.

Cytaty z utworu za: Polska poezja świecka XV wieku, oprac. M. Włodarski, Wrocław-Warszawa-Kraków 1997.

07:25, avo_lusion
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 marca 2013

Autor: Krasnoludek


Przeklinam Cie w imię Jezusa! czyli rzecz o klątwie

Rzucą klątwę, przeklną ród,
Wiedz, że czeka Cię pech, ruina i głód.


Klątwa jest to negatywne pojęcie dotyczące złej energii,  emocji i ogólnego stanu człowieka. Może dotyczyć nas samych bądź też miejsc związanych ze strasznym „przeklętym” miejscem.To jedno słowo swojego czasu budziło większą grozę niż dziś możliwość wybuchu bomby nuklearnej. Wystarczyło nadepnąć na odcisk nieodpowiedniej osobie i całe życie stawało na głowie: z miejsca tracony majątek, zdrowie, rodzina… a nawet życie.
    
Najbardziej kojarzy się nam z filmem, magią, czarownicami, wróżbitami, bądź przeklętymi ścieżkami losu całego narodu, jak w przypadku Edypa czy Antygony. Ta rzecz miała, jednak miejsce w Starożytności, na długo przed pojawieniem się kobiet palonych na stosach.

Jak zatem sprawy miały się w Średniowieczu?
Czy klątwę rzucała zła wiedźma, opętana przez szatana? A może mściwa wiejska zielarka? Kto wpadł na pomysł zaklinania?
     
Któż posłużył się ciemnotą i bogobojnością ludu, widząc w tych aspektach prostą drogę do władzy?

Odpowiedź jest prosta i zaskakująca zarazem:

Średniowieczny Kościół.
Zapewne dzisiejsze duchowieństwo, chciałoby powrócić do czasów świetności, obłudy i wyzysku sterowanego przez władzę Religi Chrześcijańskiej, która nigdy wcześniej, ani nigdy później nie była, aż tak wielka.
Klątwy kościelne, gdyż to o nich mowa, były najbardziej popularne w okresie od XI do XIII wieku.

Po raz pierwszy klątwa kościelna została zastosowana przez papieża Grzegorza VII, znanego z wprowadzenia celibatu duchownych. Przed objęciem tego zaszczytnego stanowiska był on zakonnikiem pochodzącym z ludu, synem wiejskiego cieśli. Doceniał siłę z jaką zabobony oddziaływały na ówczesne umysły, a co za tym idzie, postanowił to wykorzystać. Ze skutkiem dla niego i duchowieństwa, jak najbardziej pozytywnym, dając przykład siły, która nie potrzebuje wojska, czy majątku, lecz wiedzy i sposobu na jej użycie.

Dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu przekleństw stał się władcą całego świata chrześcijańskiego. Już po pierwszym razie posłużenia się klątwą został obwołany „przenajświętszym diabłem”, „arcymistrzem klątwy” czy „pogromcą cesarza”.

Wszystkie te zaszczytne tytuły przyznano mu po pamiętnym roku 1076, kiedy to ukorzył się przed nim cesarz niemiecki Henryk IV.

Pomiędzy papieżem, a wspomnianym wyżej możnowładcą toczyła się ostra sprzeczka na temat tego które stanowisko – następcy Świętego Piotra, czy króla – jest ważniejsze.
Z czego ona wynikła?

„O drobną na pozór chodziło mu [papieżowi] sprawę – o tzw. inwestyturę, czyli nadawanie przez cesarzy, królów i książąt niemieckich urzędu biskupiego wyręczaniem symbolicznego pastorału i pierścienia. W roku 1075 wydaje więc dekret zabraniający duchowieństwu przyjmowania z rąk świeckich pierścienia i pastorału, a świeckim pod grozą klątwy zakazuje mieszania się w te sprawy. Gdy cesarz Henryk IV oburza się na to, Grzegorz VII wzywa go, niby swego wasala, aby się stawił w Rzymie do odpowiedzialności. Podrażniony cesarz, którego ojciec trzech papieży złożył do urzędu, zbiera biskupów, a ci składają z urzędu papieża.” [I]

Jak zapewne się domyślacie, nie trzeba było długo czekać na odpowiedź od Grzegorza VII, który nie przejął się atakiem ze strony niemieckiego władcy. Aby zdyskredytować cesarza posłużył się bronią, budzącą  realną grozę. Mianowicie wydał klątwę na Henryka IV, na mocy której odbiera cesarzowi władzę, zwalnia, a nawet zabrania narodowi słuchania jego rozkazów pod groźbą ognia piekielnego, pozbawia go czci i opieki. Wiadomość, w której klątwa została spisana, tak jak jej następczynie, była głoszona przez przyjaznych papieżowi zakonników na wszystkich Mszach Świętych, tak aby dotarła do każdego mieszkańca ziemi chrześcijańskiej.

Bogobojny i zabobonny lud drżący przed szatanem i karą wieczystą, książęta i rycerze równie przerażeni, jak ich poddani, słysząc klątwę rzuconą na Henryka IV odwracają się od niego, nie chcąc podpaść groźnemu Stwórcy.

Pokonany Henryk IV w środku zimy 1076 roku udaje się do Canossy – zamku margrabiny Matyldy. Gdy dociera na miejsce, papież chcąc dostatecznie go upokorzyć, każe mu stać przez trzy dni i noce pod bramą zamku. W końcu, czwartego dnia, przed głodnym i drżącym z zimna cesarzem, zostają otwarte bramy posiadłości. Grzegorz IV okazuje mu swoją łaskę, zwalniając z klątwy, a władca niemiecki od tej pory zapisuje się na kartach historii, jako zhańbiony Henryk z Canossy.

Jak widać w przytoczonej opowieści klątwa mogła pozbawić pozycji, honoru, majątku oraz zdrowia. Początkowo była wykorzystywana przez Kościół, do usuwania ludzi niewygodnych (jak Henryk IV) - bulle papieskie często wyklinały zwierzchników i najwyższych dostojników państwowych - wymuszania dziesięciny, uległości na szlachcie oraz zgrabnego poruszania się na arenie politycznej. Umiejętne wykorzystanie jej mocy doprowadziło do totalnej władzy sądowniczej kleru, niebywałego wypełnienia duchownego skarbca, korupcji oraz niesamowitego ogłupienia narodów.

Przez lata klątwa była tak często wykorzystywana, że miała oko na praktycznie każdy aspekt życia, od wydalania w miejscu nie wskazanym po wzgląd na cudzołożenie. Z tej racji doszło do jej podziału na bardzo surową, „wielką klątwę” zwaną ekskomuniką oraz słabszą, dotyczącą spraw  błahych, „małą klątwę” określaną mianem interdyktu.

Ekskomunika głównie dotyczyła wypędzenia, z jakże łaskawego łona Kościelnego, pozbawiała życia, detronizowała bądź skazywała na banicję, czyli dożywotni zakaz pokazywania się na ziemiach własnego kraju.

Z czasem gdy przywilej szastania klątwami, został przyznany przedstawicielom niższej rangi -biskupom oraz proboszczom, jej moc przeszła na lud im poddany. Od tego momentu na jej działanie byli narażeni nie tylko królowie, ważniejsi książęta czy inni przedstawiciele wysokich stanowisk, lecz także chłopi, drobna szlachta i… samo duchowieństwo.

Również w rękach zwykłych księży klątwa mogła pozbawić możliwości pogrzebu w obrządku chrześcijańskim, sprawiała, że człowiek był obcy we własnym domu, nie mógł oczekiwać pomocy od drugiej osoby, w myślach już widział swoją duszę w czeluściach ognia piekielnego, a wszystko to mogło być następstwem podpadnięcia nieodpowiedniej osobie duchownej.

Opodatkowanie dóbr kościelnych, nie zgodzenie się z racją kleru, pomoc Żydom, złe spojrzenie, nieodpowiedni komentarz… oprócz rzucenia klątwy i niewątpliwych tortur, prowadziło to do ciągłego strachu przed karą, nienawiści w stosunku do duchowieństwa oraz ogłupienia i tak nie najmądrzejszego narodu.

Skoro nawet król nie mógł postawić się zwykłemu proboszczowi, co mógł zrobić chłop? Grzegorz IV wpadł na znakomity pomysł wykorzystania ludzkiej ciemnoty, reszta po prostu pociągnęła dalej jego zamierzenia, czyniąc z klątwy wyjątkowo dojną krowę.

Niemcy, Francja, Anglia, Czechy, Austria, wszyscy byli na celowniku Watykańskich zwierzchników. Polska również. Kto w naszym kraju po raz pierwszy dostąpił wątpliwego zaszczytu człowieka wyklętego?

Niemcy, Francja, Anglia, Czechy, Austria, wszyscy byli na celowniku Watykańskich zwierzchników. Polska również. Kto w naszym kraju po raz pierwszy dostąpił wątpliwego zaszczytu człowieka wyklętego?

Nie kto inny, jak król Bolesław II zwany Śmiałym. Uważany za zabójcę biskupa Stanisława Szczepanowskiego, przez którego właśnie spadł na niego ogrom kary boskiej.
Szczepanowski zdradził Bolesława II, poprzez namawianie do buntu młodszego brata królewskiego Władysława Hermana, a tym samym wysługiwanie się  czeskiemu królowi Wratysławowi.
Odkrywszy zdradę król Bolesław nałożył na biskupa karę trucatio membrorum, polegającą na obcięciu uszu, nosa, rąk, nóg i wybicia oczu. Szczerze mówiąc nie uważam tego za zbyt okrutne, w porównaniu do innych wymyślnych tortur i kar pochodzących z tego okresu.

Jednak nadanie takiej odpłaty za zdradę wystarczyło, aby króla przeklęto, wydając na banicję – Bolesław uciekł na Węgry, pozostając tam do śmierci – zabrać narodowi Polskiemu część ziem, odbierając tytuł króla kolejnym władcom państwa oraz plugawiąc imię wygnanego po wszeczasy.

Jeszcze przez wiele lat ludzie byli pod jarzmem klątwy. Królów pozbawiano władzy, szlachty ziem, a chłopów życia. Zdarzyło się też  nawet, iż papież Innocenty II przeklął Polskę. Wyklęty nie mógł pojawić się w kościele – w raz z jego przybyciem przerywano ceremoniał odprawiania Mszy Świętej na trzy dni – liczyć na dobre traktowanie, czuć się po prostu człowiekiem. W końcu doszło do komicznej sytuacji, gdy jeden ksiądz ekskomunikował drugiego i na wzajem.

Wydawać by się mogło, iż taka klątwa, która z magią nie ma nic wspólnego, nie może przyczynić się do utrzymania, a nawet pogłębienia zabobonów o czarownicach. Czy to możliwe, że Kościół również i w tym maczał palce?
Czego nie robi się dla pieniędzy?

No właśnie: Czego? A właściwie co się robi?
Tego nauczy nas Średniowieczna Inkwizycja. Już za tydzień.

--------------------------------------------

Średniowieczny Słownik:
Bulla papieska - jest to określenie na ważniejsze dokumenty wydawane przez papieża, opatrzone okrągłą złotą lub ołowianą pieczęcią urzędu papieskiego z podobiznami Św. Piotra i Pawła oraz imieniem papieża na odwrocie.(źródło -> wikipedia)


Bibliografia:

Mroki Średniowiecza Józef Putek, wyd. PIW, Warszawa 1985, rozdz. "Klątwy kościelne"

Materiały:

Cytat:

[I] - Mroki Średniowiecza Józef Putek, wyd. PIW, Warszawa 1985, rozdz. „Klątwy kościelne”s.9

Zdjęcia:

(1) - http://www.chronologia.pl/wydarzenie-w10760214psk00.html
(2)- http://zziemiswietejdoolski.blox.pl/2011/06/Tylko-w-prpagandzie-Kosciola-pokutna-pielgrzymka.html
(3) - http://anulka77.wordpress.com/2011/05/09/o-cierpieniach-piekielnych/
(4) -http://kreckow.w.interia.pl/pliki/biografia/boleslaw_smialy.htm

21:19, avo_lusion
Link Dodaj komentarz »
Autor: Krasnoludek

"W odmętach średniowiecznej polityki"
 
Tytuł oryginału: Mroki średniowiecza: Obyczaje;Przesądy;Fanatyzm;Okrucieństwa i ucisk społeczny w Polsce
Język oryginału: polski
Data wydania: 1985 rok
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
ISBN: 83-06-01266-6
Liczba stron: 421
 
W związku z udziałem w wyzwaniu „Rok Średniowiecza” (zachęcam was do podniesienia rękawicy) organizowanym przez Książki Zbójeckie wyruszyłam na książkowe łowy do mojej zacnej i wielbionej bezgranicznie biblioteki.
Widok, jaki tam zastałam wprawił mnie w prawdziwy smutek, z racji wielkich braków, jeśli idzie o pozycje opisujące tą epokę. O romantyzmie trzy uginające się półki, o młodej Polsce i pozytywizmie cały regał, a o średniowieczu, w kontekście interesujących mnie faktów, dwie książki, w dodatku umiejscowione w dziale "regionalne", co przyznam szczerze trochę mnie zdziwiło.
Z nich wybrałam bardziej adekwatną do tematu, który chciałam poruszyć w serii artykułów o czarownicach. Dzięki niej, po raz kolejny z resztą, uświadomiłam sobie, że nie ważne ile książek na półce leży, ważne, żeby wybrać naprawdę dobrą. Miałam szczęście, gdyż „Mroki Średniowiecza” moim zdaniem należą do pozycji super – wybitnych.
Doktor Józef Putek to postać, którą spokojnie mogę uznać za jeszcze ciekawszą, niż fakty jakie przedstawia w opisywanej pozycji. Prawnik, polityk, wójt wsi Chocznia, znakomity mówca i publicysta, działacz na rzecz chłopów, do tego osoba, która nie raz nadepnęła na odcisk ludziom dużej wagi, w tym przedstawicielom duchowieństwa, przez co musiał swoje w więzieniu odsiedzieć. Człowiek, który przeżył męki obozów koncentracyjnych, wreszcie wyklęty w roku 1928 historyk, za wydanie „Mroków Średniowiecza” – czyż niej jest to jednocześnie wspaniałą reklamą dla tej pozycji?
Cóż takiego musi się znajdować w jej treści, aby oburzyć władze kościelne? Czy oczernia, mówi nieprawdę na temat chrześcijańskich rządów w epoce średniowiecza?
Zdecydowanie nie. Autor swoje wywody na temat klątw, celibatu czy czarownic podpiera wieloma źródłami pochodzącymi z opisywanego okresu. Duża ilość zaskakujących historii oraz ukazanie kościelnej korupcji i okrucieństwa są niesamowitymi kąskami dla spragnionego wiedzy poszukiwacza.
Nie da się ukryć, iż Kościół osiągnął wtedy swoje szczyty bazując na tępocie narodów i sile z jaką oddziaływały na nie zabobony.  Wiara w czarownice, opętującego je diabła, moc klątwy skazującej na piekło, która pozbawiała czci, rodziny, majątku, gwałty i rozboje będące dziełem ówczesnych księży, tortury będące codziennością,  o jakich Hitlerowi nawet się nie śniło, a wszystko to w książce liczącej raptem ponad czterysta stron.
Ciekawą informacją, choć wcale nie zaskakującą jest sposób mianowania na urząd duchowny:
„ Zostać księdzem nie było trudno, byle się tylko miało dobre „plecy”. Na probostwie św. Anny w Krakowie był dzwonnik, Stanisław Kaciuk. Dzwonnik ten wyświęcony został na księdza i tylko msze odprawiał w kościele Mariackim. Wystarczyło jeśli kandydat na księdza nauczył się czytać po łacinie; rozumieć tego, co czyta, nie musiał.”
Ta książka stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy, o tym jak naprawdę średniowiecze wyglądało. To nie tylko epoka pokornej modlitwy, męczenników w imię wiary czy bogobojnych niewiast. W prawdziwym świetle jawi się jako czas okrucieństwa, totalnego zdeprawowania i zezwierzęcenia.  
Tłumy obserwujące codzienne zbrodnie zatracają swoje ludzkie odruchy, chłopi traktowani, niczym bydło, karani za byle jakie przewinienie śmiercią, brak zahamowań ze strony duszpasterzy, tortura, jako wspaniały sposób na biznes. Oprócz tego wiele sylwetek z kart historii, min. Papież Grzegorz VII, papież Innocenty VIII, król Bolesław II Śmiały… to tylko przedsmak tego co czeka was podczas lektury „Mroków średniowiecza”.
Choć  to książka naukowa, styl jakim jest napisana nie nudzi, autor nie nadużywa słownictwa, które nic nie mówi laikowi, w żaden sposób nie znęca się nad naszym mózgiem, co poczytuję mu za wielki plus. Czasami zbyt rozwlekle opisuje dany temat, jednak nie stanowi to zbyt wielkiej przeszkody w zgłębianiu pozycji.
Z moje strony pozostaje polecenie tej książki nie tylko badaczom historycznych zawirowań, ale też czytelnikom, którzy chcą poznać naprawdę ciekawą stronę średniowiecza, przebijającą wszelkie wyobrażenia.
Moja ocena: 7
20:36, avo_lusion
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31