czwartek, 27 czerwca 2013

Autor: Kraina Czytania


Wydawnictwo: ŚLĄSK
Katowice 1983
Tytuł oryginału: Lion Heart
Przekład: Anna Bidwell

Sprzedałbym nawet Londyn, gdybym tylko znalazł kupca.
Ryszard I Lwie Serce

Nie tak dawno opowiadałam o Wilhelmie I z Normandii, a dziś czas na Ryszarda I Lwie Serce. Kim był i czym zasłużył się tak bardzo, że stał się tematem pieśni wędrownych trubadurów? Na pewno był doskonałym rycerzem. A czy był dobrym królem? Bo czy władca, który chce sprzedać najważniejszą część swojego kraju może być dobrym królem? Czy usprawiedliwienie ku temu może stanowić fakt podejmowania wyprawy krzyżowej, na którą potrzebne są nie byle jakie środki finansowe? Zapewne można o tym długo dyskutować i nigdy nie dojść do jednoznacznych wniosków.
Ryszard I Lwie Serce pochodził z dynastii Plantagenetów i był synem Henryka II i Eleonory Akwitańskiej. Na tronie angielskim zasiadł w 1189 roku, tocząc o niego walkę ze swoim bratem – Janem, który otrzymał przydomek „bez Ziemi”. Dlaczego? Ponieważ w odróżnieniu od swoich starszych braci nie odebrał od ojca żadnych ziemskich posiadłości. Dopiero Ryszard I, obejmując tron, przekazał mu hrabstwo Gloucester.
Lata 1190-1192 przyniosły Ryszardowi I sławę jako jednemu z dowódców trzeciej wyprawy krzyżowej do Palestyny. Jednak w trakcie drogi powrotnej król został uwięziony w Austrii, a następnie przekazano go cesarzowi Henrykowi VI. Dopiero w 1194 roku przywrócono Ryszardowi I wolność. Z życiem rozstał się, walcząc o angielskie posiadłości we Francji z francuskim królem – Filipem II Augustem. Mówią, że padł ofiarą spisku, a jego śmierć była konsekwencją zamachu. Dziś powiedzielibyśmy, że ustrzelił go snajper, natomiast w okresie epoki średniowiecza owymi snajperami byli łucznicy, którzy ze swych łuków wypuszczali śmiertelne strzały.
O Ryszardzie I Lwie Serce mówi się, że był władcą niesłychanie kontrowersyjnym. Królestwo traktował w głównej mierze jako źródło dochodów niezbędne na pokrycie kosztów prowadzonych przez siebie wojen. Nigdy też nie nauczył się języka angielskiego, zaś w kraju przebywał jedynie od czasu do czasu. Legendę o Ryszardzie I podtrzymywał jego niezwykły przydomek, dzięki któremu aż do XIX wieku dzieje jego panowania ocierały się o fantastykę. Osobę monarchy łączono nawet ze średniowiecznym banitą – Robinem z Sherwood, czyli popularnym Robin Hoodem.
Historycy po dziś dzień zarzucają Ryszardowi I niemalże całkowity brak zainteresowania swoim krajem panowania, twierdząc jednocześnie, że zbyt dużo uwagi skupiał na kwestiach francuskich. Anglia była dla niego zapleczem dla wypraw krzyżowych, a potem wojen na kontynencie. Wygląda na to, że król nie lubił swojego królestwa. Bardzo często mawiał, że w Anglii jest „zimno i ciągle pada”. Posunął się wręcz do tego, aby stwierdzić, że gdyby znalazł się kupiec, to bardzo chętnie sprzedałby Londyn. Anglia była mu niezbędna do tego, aby móc zachować tytuł królewski, który pozwalał mu stać w jednym szeregu z innymi monarchami świata.
Ryszard I Lwie Serce na świat przyszedł w Oksfordzie w Beaumont Palace. Lecz to Francja była jego prawdziwym domem i tak zwykł o niej mawiać. W wyniku konfliktu rodziców, wychowywał się pod opieką matki, a od 1168 roku wraz z nią był księciem Akwitanii, natomiast od 1172 roku pełnił urząd księcia Poitiers. Trzeba też wiedzieć, że Ryszard otrzymał bardzo dobre wykształcenie. Tworzył poezję w języku francuskim i okcytańskim (prowansalskim). Był niezwykle przystojnym mężczyzną. Miał jasne włosy i niebieskie oczy. Był też bardzo wysoki i potężnie zbudowany. Rozgłos przyniosły mu jego rycerskie wyczyny, nieprzeciętna odwaga i przywódcze umiejętności. Twardą ręką trzymał baronów, którzy zarządzali podległymi mu terenami. Niezwykle często popadał w konflikt ze swoim ojcem. Ich spory nierzadko przeradzały się w otwartą walkę. Jako młodego mężczyznę zaręczono go z hrabiną Vexin – Alicją, która była córką pierwszego męża matki Ryszarda. Zaręczyny te zostały jednak przez niego unieważnione w chwili, gdy został królem Anglii. Jako powód przedstawił fakt, iż narzeczona urodziła dziecko jego ojcu. W dniu 12 maja 1191 roku Ryszard I ożenił się z córką króla Nawarry – Sancha VI Mądrego i Sanchy, córki Alfonsa VII Imperatora, króla Kastylii i Leónu. Małżeństwo zostało zawarte w kaplicy świętego Jerzego w Lissamol na Cyprze. Plotka głosiła, że związek ten nigdy nie został skonsumowany, gdyż Ryszard znacznie bardziej od małżeńskiego łoża i płodzenia dziedziców wolał wojenne podboje, natomiast jego męskie potrzeby bardzo chętnie zaspokajały przypadkowe kobiety, które sam wybierał.
Wiadome jest, że król pozostawił po sobie co najmniej jedno nieślubne dziecko, a był nim syn Filip.
Rok 1173 był dla Ryszarda I czasem konfliktu z własnym ojcem. Wraz ze swoimi braćmi – Henrykiem i Godfrydem – uznał, że ojciec ogranicza przywileje swoich synów. Zaplanowali zatem zdetronizować ojca, lecz Henryk II w odpowiedzi zaatakował Akwitanię. Będąc w wieku siedemnastu lat, Ryszard jako ostatni z braci poddał się ojcu i w 1174 roku złożył nową przysięgę wierności, lecz mimo to jego ambicje w późniejszym czasie wielokrotnie zderzały się z działaniami Henryka II.

Na uwagę zasługuje bez wątpienia dzień koronacji Ryszarda I Lewie Serce. Otóż – wtedy jeszcze książę – zakazał wstępu na uroczystość ludności żydowskiej. Lecz znalazło się kilkoro śmiałków spośród żydowskiej społeczności, którzy przybyli złożyć królowi swoje dary. Źródła historyczne i naoczni świadkowie podawali, iż dworzanie Ryszarda dotkliwie pobili Żydów i wyrzucili ich z dworu. W momencie, gdy wieść o tym wydarzeniu dotarła do uszu Ryszarda, rozkazał zabić wszystkich Żydów mieszkających w mieście. Tak więc w Londynie rozpoczął się istny pogrom ludności żydowskiej. Żydów bito tak dotkliwie, że aż umierali na skutek odniesionych obrażeń, niektórych rabowano i palono żywcem. Palono również żydowskie domy, natomiast tych, którzy jakimś cudem ocaleli przymuszano do przyjęcia chrztu. Byli tacy, którzy za te dramatyczne działania obarczali nie króla, ale fanatycznych mieszczan. Ryszard I miał rzekomo ukarać wszystkich tych, którzy zamieszki wzniecili, a ochrzczonym Żydom pozwolić wrócić do judaizmu. Baldwin z Exter – ówczesny arcybiskup Canterbury – miał powiedzieć, że: „jeżeli król nie jest człowiekiem Boga, prędzej będzie człowiekiem diabła”. Wypowiadając te słowa duchowny nawiązał do popularnego w tamtych czasach powiedzenia, iż: „ród Andegawenów wywodzi się od diabła i składa się z diabłów wcielonych.” Niemniej jednak pogrom ludności żydowskiej nie ustał i w marcu 1190 roku doszło do terroru Żydów w Yorku.
Nie jestem historykiem, ale gdybym miała oceniać wydarzenie, które miało miejsce podczas koronacji Ryszarda I, to byłabym skłonna stwierdzić, iż król rzeczywiście taki rozkaz mógł wydać. Mógł sprowadzić na Żydów tę tragedię, ponieważ w pewnym stopniu był religijnym fanatykiem. Jego wyprawa krzyżowa jest tego dowodem. Szczycił się nią i wciąż powtarzał, jak ważny jest dla niego Święty Krzyż. Pamiętajmy, że wyprawy krzyżowe to nawracanie „niewiernych” siłą, a ci, którzy sprzeciwiali się temu, tracili życie lub pozostawali kalekami. Trzeba też pamiętać, że te średniowieczne krucjaty miały tylko teoretycznie charakter religijny. Bardzo często ich podłoże stanowiła polityka. 
To tyle, jeśli chodzi o źródła historyczne. Teraz przejdźmy do powieści George’a Chandosa Bidwella. Akcja książki rozpoczyna się uwięzieniem Ryszarda I przez austriackiego księcia – Leopolda V. W gospodzie niedaleko Wiednia król zostaje rozpoznany i aresztowany. Powód? Książę Leopold mści się w ten sposób za zniewagę pod Akką i oskarża monarchę o przyczynienie się do śmierci książęcego kuzyna. Żyjąc w zamknięciu, Ryszard opowiada niejakiemu Modredowi o swoim życiu i dokonaniach. Z tych opowiadań wyraźnie wynika, że dla króla najważniejsza jest zakończona właśnie krucjata na terenie Palestyny. Z wielką euforią mówi o bitwie pod Akką, a także o swoim wrogu – Saladynie, którego niezwykle szanuje. Król nie omieszka także wspomnieć o swoim konflikcie z ojcem. Opowiada niesłychanie barwnie. Widać, że zasługi, jakie są mu przypisywane stanowią dla niego wyjątkową wartość. Ryszard bynajmniej nie zapomina o swojej matce, którą również wspomina, choć robi to w taki sposób, jakby czuł względem niej gniew, o to, iż wymusza na nim spłodzenie potomka. Żona nie jest dla niego kimś istotnym, kim należy zaprzątać sobie głowę. Nie dba o małżeństwo. Liczą się tylko bitwy i wygrane wojny.
Co noc króla odwiedza też córka Modreda, niejaka Margot, która zaspokaja nie tylko męskie potrzeby monarchy, ale także przynosi mu informacje o tym, co dzieje się poza murami jego więzienia. Dostarcza mu również jedzenie, którego w dzień prześladowcy zwykli mu skąpić.
Nie wiadomo tak naprawdę, ile w tej powieści jest autentycznej historii, a ile legendy, dlatego też należy ją traktować z przymrużeniem oka. Obserwując Ryszarda, czytelnik dostrzega jego porywczość. Dowiaduje się też, skąd wziął się przydomek „Lwie Serce”. Tylko czy to wyjaśnienie jest prawdziwe? A może zostało ono zaczerpnięte z pieśni jakiegoś średniowiecznego trubadura, który zwyczajnie je wymyślił, tym samym schlebiając królowi.
Autor w kilku miejscach powołuje się na zapiski kronikarzy, cytując ich słowa. Pod względem okrucieństwa i porywczości można Ryszarda I porównać do Wilhelma Zdobywcy. Przecież tamten też nie miał litości dla tych, którzy mu się sprzeciwiali. Jednak, bez względu na to, w jaki sposób spojrzymy na tę książę, na pewno jest ona warta przeczytania. A postać króla Ryszarda I Lwie Serce nie bez powodu zajmuje tak ważne miejsce w historii Anglii. Był to mężczyzna silny, nie tylko pod względem fizycznym. Przyznam, że po tej lekturze polubiłam tego monarchę, choć tak wiele można mu zarzucić i tak wiele krytyki przyjął już ze strony historyków. Gdybym miała możliwość przeniesienia się w czasie, to bardzo chętnie ucięłabym sobie z nim pogawędkę.
20:39, avo_lusion
Link Dodaj komentarz »
 Autor: Kraina Czytania

Wydawnictwo: ŚLĄSK
Katowice 1980
Tytuł oryginału: The Conqueror of England. William I of Normandy
Przekład: Anna Bidwell

Myślę, że recenzja tej książki tak naprawdę powinna pojawić się na blogu historycznym, który współtworzę, ponieważ na jej podstawie można przygotować całkiem ciekawą notkę biograficzną o jednym z bardziej znaczących władców w dziejach średniowiecznej Anglii. Przecież to właśnie od Wilhelma I Zdobywcy wszystko się zaczęło. To on zapoczątkował zmiany, które w miarę upływu lat odciskały swoje piętno na dziejach Anglii i jej władcach.
Już sam tytuł książki sugeruje, że Wilhelm I pochodził z Normandii, czyli krainy historycznej położonej w północnej części Francji, nad kanałem La Manche. Swoją nazwę Normandia zawdzięcza Wikingom (Normanom), którzy na jej terenach osiedlali się od IX wieku. Fakt ten został ostatecznie usankcjonowany traktatem z X wieku. Zanim Normanowie pod przywództwem Wilhelma I Zdobywcy najechali na Anglię, Normandią przez sto pięćdziesiąt lat władali Frankowe.
Księstwo Normandii powstało w 911 roku. Najprawdopodobniej początkowo było to hrabstwo obejmujące tereny dzisiejszej Górnej Normandii. Obszar ten został nadany niejakiemu Rollonowi – wodzowi normandzkiemu – przez króla Francji, Karola III Prostaka. Jako niezależny twór księstwo zakończyło swój byt w 1204 roku w chwili włączenia go do domeny królewskiej. Dzieje księstwa Normandii historycy dzielą na cztery okresy, czyli:
  1. pomiędzy rokiem 911 a 960, kiedy to miała miejsce falowa imigracja ludności skandynawskiej;
  2. lata 960-1025, gdy przybysze stopniowo wtapiali się w otoczenie frankijskie, przejmując jednocześnie kulturę i ustrojowe mechanizmy przy równoczesnym wzmacnianiu się władzy książęcej;
  3. czas pomiędzy rokiem 1025-1050, kiedy to na terenie księstwa zaobserwowano poważny kryzys, podczas którego wielu możnych starało się zwiększyć swoją władzę kosztem księcia, co doprowadziło ostatecznie do zerwania związków ze Skandynawią – był to czas dorastania naszego głównego bohatera;
  4. okres od 1050 roku aż do końca istnienia księstwa, kiedy to następuje ustabilizowanie się relacji wewnętrznych, przy silnej władzy książęcej.
Bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem w biografii Wilhelma I Zdobywcy jest bitwa pod Hastings, która rozegrała się 14 października 1066 roku. Książę Normandii już od najmłodszych lat wykazywał niezwykły upór w dążeniu do celu. Dlatego też nie dziwi fakt, że po śmierci króla Anglii – Edwarda noszącego przydomek „Wyznawca” – poczuł się oszukany. Bo przecież Edward obiecał mu, a wręcz przysiągł, iż czyni go swoim następcą! Tak więc kiedy na tronie Anglii zasiadł niejaki Harold II, Wilhelm wpadł we wściekłość. Aby odzyskać to, co rzekomo prawnie mu się należało, książę Normandii najpierw posunął się do pewnego fortelu, natomiast kiedy i to nie pomogło, uznał, że nie pozostaje mu nic innego, jak tylko wyruszyć zbrojnie przeciwko Anglii i zrzucić z tronu uzurpatora. Bo tak właśnie myślał o Haroldzie II.
Jak pokazuje historia, Wilhelm I dopiął swego i ostatecznie objął angielski tron w dzień Bożego Narodzenia Roku Pańskiego 1066. Koronę na głowę jego żony – Matyldy – nałożono dopiero dwa lata później. Wilhelm żywił do swojej małżonki wielkie uczucie, choć nie zawahał się użyć wobec niej siły, gdy czuł, że występuje ona przeciwko niemu. Podczas ich na ogół szczęśliwego małżeństwa tylko raz miała miejsce sytuacja, gdy książę Normandii, a późniejszy król Anglii, nie zapanował nad sobą. Lecz mimo to Matylda nigdy nie przestała go kochać. Nawet na łożu śmierci wyznała mu miłość i prosiła o przebaczenie, czego na pewno nie poparłyby dzisiejsze feministki.
Osoba Matyldy Flandryjskiej zapisała się na kartach historii Anglii bardzo szczególnie. George Bidwell pisze o niej między innymi w takich oto słowach:
[…] Małżonka zdobywcy byłaby zapewne dumna, gdyby wiedziała, że z jej łona mieli wziąć początek antenaci wszystkich, którzy od czasów jej męża do chwili dzisiejszej zasiadali na angielskim tronie. Linia dynastii wahała się często, bliska wygaśnięcia, i ratowało ją tylko pośrednictwo kobiet z tego rodu, które same często nie odegrały żadnej roli w dziejach. Ale Plantageneci, wielcy Tudorowie i niefortunni Stuartowie, królowa Wiktoria i królowa Elżbieta Druga – wszyscy oni ostatecznie zawdzięczają swoje istnienie związkowi Matyldy, córki hrabiego Baldwina z Flandrii, z Wilhelmem, bastardem księcia Normandii.*
Z powyższego cytatu wyraźnie wynika, że Wilhelm I Zdobywca pochodził z nieprawego łoża. Jego ojciec – Robert I Wspaniały – spłodził go z córką garbarza z Falaise. Fakt ten bardzo często stanowił przeszkodę w osiąganiu przez Wilhelma zamierzonego celu. Były takie sytuacje, kiedy krzywo patrzono na jego pochodzenie i odmawiano mu przywilejów, które należałyby mu się, gdyby jego rodzice byli sobie poślubieni. Jednak nasz bohater niewiele sobie z tego robił, dążąc do celu po trupach. W swoim otoczeniu znany był z niezwyklej porywczości i okrucieństwa wobec tych, którzy mieli odwagę mu się sprzeciwić. Był w stanie mordować i okaleczać tylko dlatego, żeby pokazać swoją władzę albo dla zwykłego przykładu i w ramach przestrogi.
Bez wątpienia Wilhelm I Zdobywca to postać niezwykle barwna. Jego życie nie było usłane różami. Praktycznie od dziecka musiał wałczyć o swoje. Wiele razy zmuszony był też uciekać przed pewną śmiercią, nawet z ręki osoby z nim spokrewnionej. Gdybym miała go oceniać, to wydaje mi się, że szczęście odnalazł jedynie przy ukochanej Matyldzie, natomiast władza tego szczęścia raczej mu nie dała. Obejmując tron w Anglii musiał poskramiać buntowników, którzy byli mu przeciwni. Oczywiście czynił to niezwykle krwawo. Jego dzieci, szczególnie najstarszy syn, również nie były mu do końca posłuszne.
Moim zdaniem Wilhelm I Zdobywca pod względem charakteru w pewnym stopniu przypomina Henryka VIII Tudora. Obydwaj byli porywczy, a ich myśli wyprzedzane były przez czyny, co zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku doprowadzało do tragedii. Wilhelm z Normandii wybudował słynną Tower of London, w której kilka wieków później głowę tracili przeciwnicy Henryka VIII, w tym dwie jego żony. Wygląda to tak, jakby normandzki poprzednik Tudora podarował mu w prezencie narzędzie zbrodni. Obydwaj też popadli w poważny konflikt z papieżem.
A teraz może kilka słów o samym Autorze powieści, który chyba jest już nieco zapomniany, a niesłusznie. Otóż, George Chandos Bidwell (1905-1989) był z pochodzenia Brytyjczykiem. W 1948 roku poślubił Polkę – Annę Krystynę Wirszyłło (1918-1993), przyjmując jednocześnie polskie obywatelstwo. To właśnie żona przekładała jego książki na język polski. George Bidwell specjalizował się w tworzeniu powieści historycznych i beletryzowanych biografii.
Zdobywca Anglii. Wilhelm I z Normandii jest przykładem tak zwanej powieści biograficznej, ponieważ zawiera ona również cytaty zaczerpnięte z dzieł kronikarzy. Tak więc nie jest to powieść stricte historyczna, do jakiej jesteśmy generalnie przyzwyczajeni. Być może niektórym czytelnikom będzie ona kojarzyć się ze szkolnym podręcznikiem, choć na pewno nim nie jest. Bohaterowie to postaci autentyczne, żyjące setki lat przed nami, wypowiadające swoje kwestie, ale z drugiej strony Autor kilkakrotnie wyprzedza wydarzenia, które opisuje poprzez przypominanie o konsekwencjach tychże zdarzeń. Przyznam, że nigdy wcześniej nie zetknęłam się z powieścią historyczną ani z biografią napisaną w ten sposób. Do moich rąk zawsze trafiały książki, które były albo powieściami historycznymi, albo biografiami. W tym przypadku mamy do czynienia z połączeniem tych dwóch gatunków. Czy jest to udany związek? Myślę, że tak. Oczywiście są sytuacje, kiedy takie kombinowanie nie wychodzi na zdrowie, ale w tym konkretnym przypadku nie można bynajmniej mówić o tym, że George Bidwell „przedobrzył”. Po prostu stworzył coś innego. Nie napisał powieści zgodnie ze schematem, jaki jest ogólnie przyjęty.
Książkę czyta się naprawdę dobrze i myślę, że pasjonaci historii będą zadowoleni po jej lekturze. Bo to właśnie głównie pasjonatom historii polecam tę powieść, choć mam nadzieję, że być może zachęcę też kogoś, kto jeszcze „boi się” historii. Przede mną kolejne powieści George’a Bidwella. Żałuję, że nie odkryłam tego Autora wcześniej, ponieważ sądzę, że naprawdę warto poświęcić mu trochę więcej uwagi. 

 


* G. Ch. Bidwell, Zdobywca Anglii. Wilhelm I z Normandii, Wyd. Śląsk, Katowice 1980, s. 223.



20:33, avo_lusion
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 czerwca 2013

Autor: Kraina Czytania


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2012
Tytuł oryginału: The Lady of the Rivers
Przekład: Urszula Gardner

Nie sądzicie, że takie ciągłe pisanie o książkach tego samego autora w samych superlatywach staje się powoli nudne? Byłoby znacznie ciekawiej, gdyby choć raz zaliczył wpadkę, prawda? Wtedy moglibyśmy się nad nim porozwodzić, podyskutować, może nawet dokonać porównań pomiędzy jego książkami. A tak czeka nas kolejna monotonna analiza ukazująca zalety jego pisarstwa, a właściwie jej, bo jak widać znów będę opowiadać o powieści niezrównanej Philippy Gregory.
Ta angielska pisarka otrzymała od losu naprawdę nieprzeciętny dar tworzenia prozy historycznej. Nie wiem, czy wśród obcych autorów znajduje się ktoś, kto może jej dorównać kunsztem pisarskim. Oczywiście cały czas mam na myśli powieści historyczne, ponieważ w odniesieniu do innych gatunków literatury ta kwestia może się nie sprawdzać. I najprawdopodobniej tak właśnie jest, że gdzieś tam w świecie żyją sobie pisarze lepsi od Philippy Gregory, ale tworzący inny rodzaj literatury.
Wróćmy jednak do Władczyni rzek, która stanowi trzecią część słynnej na całym świecie trylogii o Wojnie Kuzynów lub Wojnie Dwóch Róż. Prawdę powiedziawszy, gdyby ktoś z Was zapytał mnie w jaki sposób powinien czytać poszczególne części, wówczas poleciłabym mu odstąpienie od tego, co podaje wydawca. Powszechnie wiadomo, że zaczynamy od Białej królowej, potem jest Czerwona królowa, a na końcu Władczyni rzek. Jednak takie uszeregowanie jest zgodne jedynie z kolejnością powstawania poszczególnych tomów, natomiast poważnie rozmija się z chronologią wydarzeń zawartych w trylogii. Moim zdaniem, aby nie pogubić się w ciągłości zdarzeń, lekturę należy rozpocząć od Władczyni rzek, a potem przeczytać Białą królową i Czerwoną królową.  Ta ostatnia jest wstępem do cyklu tudorowskiego.
Czego zatem dotyczy Władczyni rzek, a może o kim opowiada? Musicie wiedzieć, że Philippa Gregory generalnie bardzo dużą uwagę skupia na średniowiecznych i renesansowych kobietach i ich życiu. Nie sądźcie jednak, że brak w jej twórczości męskich charakterów. O, nie! Mężczyźni są bardzo aktywni. Pamiętajmy, że w tamtym okresie to właśnie panowie dzierżyli władzę, a kobiety istniały tylko po to, aby rodzić następców tronu lub spadkobierców majątku. Kiedy na świat przychodziło dziecko płci żeńskiej, bardzo często mówiono: „Ech, to tylko dziewczynka”. Lecz z drugiej strony, kiedy czyta się powieści Philippy Gregory, to odnosi się nieodparte wrażenie, że mężczyźni są takimi marionetkami w rękach kobiet i tak naprawdę to one są silne i władcze, a to sprawia, że potrafią świetnie kierować nawet królestwem. Przyjrzyjmy się Małgorzacie Andegaweńskiej, która w Władczyni rzek jest jedną z tych kobiet, które wysuwają się na pierwszy plan.
Małgorzata Andegaweńska była córką René I Andegaweńskiego, de Bar, hrabiego Prowansji i tytułowanego króla Neapolu oraz Izabeli Lotaryńskiej. W dniu 23 kwietnia 1445 roku w Titchfield w hrabstwie Hampshire poślubiła Henryka VI wywodzącego się z Domu Lancasterów. W polityce kraju odegrała ogromną rolę, szczególnie podczas wspomnianej wyżej Wojnie Dwóch Róż. Ponieważ Henryk VI został królem już w wieku kilku miesięcy, jego działania od samego początku nadzorowane były przez wyznaczonych do tego regentów. Co istotne, król cierpiał z powodu choroby psychicznej, którą najprawdopodobniej odziedziczył po swoim dziadku, Karolu VI Szalonym. Małgorzata i Henryk doczekali się jedynego potomka, którym był Edward Westminster. Jak wiadomo, syn monarchów nigdy nie został królem. Gdyby nie Wojna Kuzynów sprawy zapewne potoczyłyby się inaczej. Na dworze królewskim bardzo często szeptano, że Edward nie jest potomkiem Henryka VI, gdyż ten najprawdopodobniej był bezpłodny. Natomiast Małgorzata Andegaweńska miała kochanka, którym był Edmund Beaufort 2. książę Somerset. Niektórzy to właśnie jemu przypisywali ojcostwo.

Będąc w niepełni władz umysłowych, Henryk VI zgodził się bez problemu na odsunięcie od władzy Edwarda, a swoim następcą wyznaczył Ryszarda – księcia Yorku. To działanie stało się zabójcze dla kraju. Wówczas Małgorzata zebrała armię i ruszyła do walki z Yorkistami, którzy w swoim herbie mieli białą różę, zaś Lancasterowie czerwoną, stąd nazwa konfliktu. Królowa wraz ze swoim synem uciekła do Szkocji i Walii, a ostatecznie do Francji. Zawarła też sojusz z Ryszardem Neville’em – hrabią Warwick, zaś książę Edward został zaręczony z córką Warwicka – Anną Neville, która potem została żoną króla Ryszarda III Yorka.Małgorzata Andegaweńska była córką René I Andegaweńskiego, de Bar, hrabiego Prowansji i tytułowanego króla Neapolu oraz Izabeli Lotaryńskiej. W dniu 23 kwietnia 1445 roku w Titchfield w hrabstwie Hampshire poślubiła Henryka VI wywodzącego się z Domu Lancasterów. W polityce kraju odegrała ogromną rolę, szczególnie podczas wspomnianej wyżej Wojnie Dwóch Róż. Ponieważ Henryk VI został królem już w wieku kilku miesięcy, jego działania od samego początku nadzorowane były przez wyznaczonych do tego regentów. Co istotne, król cierpiał z powodu choroby psychicznej, którą najprawdopodobniej odziedziczył po swoim dziadku, Karolu VI Szalonym. Małgorzata i Henryk doczekali się jedynego potomka, którym był Edward Westminster. Jak wiadomo, syn monarchów nigdy nie został królem. Gdyby nie Wojna Kuzynów sprawy zapewne potoczyłyby się inaczej. Na dworze królewskim bardzo często szeptano, że Edward nie jest potomkiem Henryka VI, gdyż ten najprawdopodobniej był bezpłodny. Natomiast Małgorzata Andegaweńska miała kochanka, którym był Edmund Beaufort 2. książę Somerset. Niektórzy to właśnie jemu przypisywali ojcostwo.
Po chwilowej utracie tronu przez Henryka VI, hrabia Warwick sprawił, że król znów na niego powrócił. Małgorzata wróciła do Anglii, a wówczas zupełnie nieoczekiwanie Warwick został pokonany w bitwie pod Barnet i królem ponownie ogłoszono Edwarda IV Yorka, który, jak pamiętamy, został mężem Elżbiety Woodville znanej z Białej królowej.

Na zamku Beaurevior niedaleko Arrasu we Francji młodziutka Jakobina spotyka Joannę d’Arc, a potem jest świadkiem jej tragicznej śmierci, do której przyczynia się pierwszy mąż Jakobiny – Jan książę Bedfordu. Bardzo szybko Jakobina dostrzega u siebie dar przepowiadania przyszłości. Jej życiu towarzyszą wizje, które skrzętnie ukrywa, aby nie zostać posądzoną o czary. Nawet wróżenie z kart może okazać się zgubne i sprawić, że ten, kto się nim trudni może trafić na stos.
Tak mniej więcej przedstawia się tło historyczne Władczyni rzek. Jednak to nie Małgorzata Andegaweńska jest tutaj najważniejsza. Najistotniejszą postacią tej części trylogii jest Jakobina Luksemburska – matka Elżbiety Woodville – która opowiada nam tę historię. Jako bardzo młoda dziewczyna, Jakobina wychowywała się na francuskim dworze, gdzie została przekazana pod opiekę swojej przecioty – Joanny Luksemburskiej. Zamek, na którym Jakobina przebywa tak naprawdę należy do Jana Luksemburskiego i jego żony Joanny de Béthune. Przeciota uczy swoją podopieczną magii, lecz przestrzega ją, aby używała jej umiejętnie, bo inaczej może sprowadzić poważne kłopoty. Już wtedy Jakobina dowiaduje się o niejakiej Meluzynie, której najprawdopodobniej jest potomkinią. Postać tej wodnej bogini będzie jej towarzyszyć do końca życia, podobnie jak jej najstarszej córce – Elżbiecie.
Na zamku Beaurevior niedaleko Arrasu we Francji młodziutka Jakobina spotyka Joannę d’Arc, a potem jest świadkiem jej tragicznej śmierci, do której przyczynia się pierwszy mąż Jakobiny – Jan książę Bedfordu. Bardzo szybko Jakobina dostrzega u siebie dar przepowiadania przyszłości. Jej życiu towarzyszą wizje, które skrzętnie ukrywa, aby nie zostać posądzoną o czary. Nawet wróżenie z kart może okazać się zgubne i sprawić, że ten, kto się nim trudni może trafić na stos.
Pierwsze małżeństwo Jakobiny nie należy do szczęśliwych. Jan jest od niej sporo starszy, a do tego jest impotentem, co tłumaczy tym, że nie może jej posiąść, ponieważ jest mu potrzebna jako dziewica. Prawdę powiedziawszy Jakobina ma spełniać bardziej funkcję wyroczni, aniżeli żony i matki. W tym samym czasie dziewczyna zwraca uwagę na oddanego giermka swojego męża – Ryszarda Woodville’a. Dopóki żyje Jan ich uczucie przez obydwojga jest tłumione, ale natychmiast po jego śmierci wybucha tak gwałtownie, że Jakobina jako wysoko urodzona, zniża się do niższej warstwy społecznej i bierze ślub z wybrankiem swojego serca. Następnie państwo Woodville wyjeżdżają do Anglii, gdzie służą na dworze Małgorzaty Andegaweńskiej i Henryka VI. Zarządzają też swoją posiadłością w Grafton w hrabstwie Northamptonshire. Niemalże co roku na świat przychodzi ich kolejne dziecko i tak dochowują się całkiem pokaźnej gromadki pociech. Wydawać by się mogło, że ich życie to jedna wielka sielanka. Otóż nic podobnego. Jakobina wciąż żyje w strachu. Nie bez znaczenia jest też jej udział w Wojnie Kuzynów, a jako oddana przyjaciółka Małgorzaty Andegaweńskiej wciąż wystawiana jest na ogromne niebezpieczeństwo.
Philippa Gregory po raz dziewiąty sprawiła, że przeniosłam się w czasie. Tak, tak. To już dziewiąta powieść tej autorki, którą przeczytałam i nie mam dosyć. Chcę więcej i mam nadzieję, że tak się stanie, zwłaszcza że już czekają na mnie Dwie królowe z cyklu tudorowskiego. Chciałabym też poznać Philippę Gregory w wersji dla młodzieży i przeczytać pierwszy tom serii fantasy pod tytułem Odmieniec. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek znudziła mi się twórczość tej pisarki. Nie ma takiej możliwości. Przynajmniej na chwilę obecną jestem o tym przekonana. Wiem, że się powtarzam, ale cóż poradzić, kiedy Philippa Gregory jest swoistym fenomenem w tworzeniu literatury historycznej. Jestem pod tak ogromnym wrażeniem jej prozy, że nawet napisałam artykuł traktujący o kobietach, które pojawiają się w jej powieściach. Ten tekst powstał na potrzeby magazynu Obsesje i nosi tytuł Kobiety Philippy Gregory. Można go przeczytać tutaj. Mam nadzieję, że się Wam spodoba, a tych, którzy są sceptycznie nastawieni do tego rodzaju literatury, zachęci do sięgnięcia po którąś z powieści autorki.
Na końcu książki Philippa Gregory zamieściła takie oto zdanie: „[…] Kolejna moja książka będzie traktowała o córkach Ryszarda Neville’a, hrabi Warwick. Już nie mogę się doczekać, aż zagłębię się w źródłach i przystąpię do pracy nad tą opowieścią.” A ja, pani Philippo, już nie mogę się doczekać, kiedy zasiądę wygodnie do tej lektury i znów pozwolę się Pani przenieść do czasów angielskiego średniowiecza, o czym Pani doskonale wie!
08:03, avo_lusion
Link Dodaj komentarz »

Autor: Książki Zbójeckie


Ma wiele nazw, skrywa wiele tajemnic. Utwór, który zaskakuje aktualnością i odmalowuje emocje, jakie trudno wyrazić słowami. Dzieło, które łączy przodków i współczesnych. Wiernych i niewiernych. Żale Matki Boskiej pod krzyżem. Posłuchajcie bracia miła. Lament świętokrzyski. Monolog matki, zwyczajnej matki, która na chwilę odstępuje od swej świętości.

W historii literatury istnieją dzieła, które pomimo upływu wieków, wciąż poruszają swoją autentycznością i emocjami. Tak jest zarówno w przypadku Trenów Kochanowskiego jak i  Żalów Matki Boskiej pod krzyżem, słynnego utworu, który obficie czerpie z tradycji maryjnych lamentów nad umarłym synem, Jezusem.

Lament świętokrzyski może zachwycać z wielu powodów. Bez wątpienia jednym z nich jest warstwa językowa. Jak pisze profesor Roman Mazurkiewicz:

Zdumiewa maestria anonimowego autora w świadomym kształtowaniu napięcia dramatycznego za pomocą środków językowo-stylistycznych  i wersyfikacyjnych. Początkowe dwie strofy „Żalów” zawierające apostrofę Maryi do ludzi o „posłuchanie” i „pożałowanie” ujęte zostały w regularną formę 8-zgłoskowca. Zwrotki kolejne, pisane już wierszem nieregularnym, mistrzowsko modelowanym przez potęgującą się ekspresję wypowiedzi, przekazują lament cierpiącej Matki (…)[1].

Jednak dla zwyczajnego czytelnika, który nie chce zagłębiać się w meandry zgłoskowców i nieregularnych wierszy, coś zupełnie innego przykuwa uwagę i każe zatrzymać się na chwilę. To ładunek emocjonalny, bardzo silny i tak realny, że możemy poczuć smak cierpienia i gorycz matki stojącej pod krzyżem. Ona sama podkreśla, że widok własnego dziecka, zrodzonego z jej łona, sprawia jej ból trudny do opisania:

Zamęt ciężki dostał się mie, ubogiej żenie,
Widzęć rozkrwawione me miłe narodzenie,
Ciężka moja chwila, krwawa godzina,
Widzęć niewiernego Żydowina,
Iż on bije, męczy mego miłego Syna.

Ukrzyżowanie, Antonello da Messina, 1475.

Ciało Jezusa na krzyżu musiało przedstawiać widok makabryczny, czy można więc wyobrazić sobie większy koszmar dla kochającej matki, która na dodatek zawsze kroczyła za swym dzieckiem, milcząca i wierna? Właśnie dlatego to nieme cierpienie przeradza się w dialog, coraz gorliwszy, coraz bardziej rozdzierający, by w końcu przerodzić się w palące oskarżenie:

O anjele Gabryjele,
Gdzie jest ono twe wesele,
Cożeś mi go obiecował tako barzo wiele,
A rzekęcy: Panno, pełna jeś miłości,
A ja pełna smutku i żałości,
Sprochniało we mnie ciało i moje wszytki kości.

Maryja, wzór cnót i uosobienie cierpliwości porzuca na chwilę swoją świętość, aby pokazać twarz matki. Umęczonej matuli, która szuka ukojenia, która chce się poskarżyć, musi wyrzucić z siebie ból. To każe jej przestrzec inne matki, choć w jej słowach można wyczuć niemalże drwinę, w końcu jej nic już nie może pomóc:

Proścież Boga, wy miłe i żądne maciory,
By wam nad dziatkami nie były takie to pozory,
Jele ja nieboga ninie dziś zeźrzała
Nad swym, nad miłym Synem krasnym,
Iż on cirpi męki nie będąc w żadnej winie.

Choć język utworu jest archaiczny, a jego tematyka religijna, to jednak każda matka, która choć na moment wczuje się w sytuację Maryi, poczuje jej rozpacz i zrozumie głośny, przejmujący lament, który nie milknie na kartach literatury od wieków... Warto czasem do tego wrócić, bo choć to utwór religijnym, jego wymowa jest zaskakująco uniwersalna.



[1] Roman Mazurkiewicz, Posłuchajcie, bracia miła, [w:] Szkolny słownik literatury staropolskiej, red. Janusz Goliński, Roman Mazurkiewicz, Piotr Wilczek, Katowice 1999, s. 67-68.



07:51, avo_lusion
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31